Trend to nie wszystko

Analiza techniczna

(2 głosów, średnia ocena 4.50 na 5)

Zanim zabiorę się za pracę, która dla obserwującego mnie z boku wygląda na super-fajną, bo zazwyczaj stoję przy oknie z kubkiem kawy w ręku i mamroczę do siebie, od czasu do czasu tylko zapisując w zeszycie jakieś wzory – chowam wszystkie książki o tematyce giełdowej. Gdy czuję, że budzi się wielka wena, twórcza moc, która zawładnie mną na najbliższy tydzień, sięgam po stare podręczniki z biologii, popularno-naukowe pozycje z fizyki, dzieła filozofów, czytam o gwiazdach, galaktykach, analizuję nieaktualne już statystyki sportowe i pogodowe. Tam właśnie szukam interesujących mnie informacji o procesach budowy, ewolucji, sposobach myślenia, uczę się logiki, staram się obserwować i zrozumieć przemianę, ruch, opisać różne zależności. Zastanawiam się, czym chaos jest w swej istocie, a czym po prostu w naszych oczach – i czy rzeczywiście jest to tożsame.

I z tych wszystkich rzeczy, gdy myślę o trendzie – interesującym nas zjawisku giełdowym – najbardziej pomagają mi moje dawne fascynacje koszykówką. Fajny sport, mnóstwo statystyk, ciekawe zależności, skomplikowany system rozgrywek... a i z praktyki miłe wspomnienia również pomagają.

Zawsze dobry byłem w rzutach za trzy punkty (przynajmniej dopóki nie popsuł mi się wzrok), jednak w naszej drużynie graliśmy pod kolegę, który w tym względzie był jeszcze lepszy. Jednak był chyba trochę mniej odporny psychicznie, ponieważ po trzech nietrafionych rzutach z rzędu nie umiał się wstrzelić już przez cały mecz. W takim wypadku odpowiedzialność za stwarzanie zagrożenia dla przeciwnika na obwodzie spadała na mnie. I wtedy już zacząłem się zastanawiać: „Co to właściwie oznacza, że jest lepszy? Na jakiej podstawie ktoś tak a nie inaczej stwierdza – nawet ja?” Z początku sprawa wydaje się oczywista: podzielić ilość trafionych rzutów z ostatniego sezonu przez ilość rzutów oddanych i wychodzi ci jak na dłoni skuteczność każdego zawodnika. W takim ujęciu wykres liczonej na bieżąco skuteczności można sobie przyrównać do wykresu RSI: od zera do stu, każde pudło skuteczność obniża, każda trójka podwyższa (plus odpowiedni okres, który mówi nam, jaką wagę przywiązujemy do nowych, a jaką do starych danych).

No i dobrze, ale w takim wypadku skąd wszyscy wiedzieli, że w danym wypadku (po jego trzech nietrafionych z rzędu) mam zacząć rzucać ja? Jak matematycznie zapisać coś, co oczywiste było dla wszystkich naszych zawodników, nawet tych, którzy – delikatnie mówiąc – za matematyką nie przepadali? Jak z tej wiedzy wyciągnąć korzyść w innych sytuacjach? Dziś nazwałbym to „sygnałem nadchodzącej korekty o zasięgu czasowym w trendzie wzrostowym”, „przebiciem od góry przez RSI poziomu sprzedaży”. Wtedy kombinowałem inaczej. Wiadomo, że o wiele łatwiej jest trafić z 7 metrów niż z 20. Podczas jednego z meczów jeden z zawodników – bynajmniej nie specjalista w tej dziedzinie – rzutem rozpaczy trafił do kosza z długości całego boiska. Coś jakby wzrost cen akcji o 100% w jeden dzień. Jego RSI też wyraźnie by podskoczyło (gdyby taki rzut był odpowiednio lepiej punktowany). Jednakże nie oznaczało to bynajmniej – i słusznie – że ten gracz został automatycznie uznany za specjalistę od „long distance”. Wszyscy rozumieli – nawet intuicyjnie – że ze „stałym trendem” nie ma to za wiele wspólnego. W tym wypadku mieliśmy do czynienia raczej z niespodziewanym wzrostem ceny, po którym korekta należy się, jak psu zupa.

A gdyby zaraz po tym podszedł na linię środkową i z uśmiechem na ustach trafił raz jeszcze?

Chyba co niektórzy zaczęliby się zastanawiać. Akcje rosną niespodziewanie o 100% we wtorek – fajnie. A w środę o kolejne 50%. Niby z jednej strony wiadomo, że ryzyko obstawiania coraz większe, ale, kurczę, coś chyba jest na rzeczy... Co będzie w czwartek? „Rzuć jeszcze raz, rzuć jeszcze raz! Zobaczymy”.

W tym wypadku mamy do czynienia z dwoma zjawiskami: po pierwsze – nawet intuicyjnie – przeczuwamy, że trend, to coś, co jest związane z upływem czasu (jednorazowy „cud” nie wystarczy); po drugie jednak, istnieje coś takiego jak nagłe odwrócenie trendu, dające tym więcej zarobić, im mniej spodziewane było. Jak to się ma do naszego RSI? Z jednej strony poziom 50, który informuje nas, czy w ostatnim czasie przeważały wzrosty, czy spadki, z drugiej poziom 30, który stara się wychwycić momenty zmiany trendu. Jak w takim razie grać?

Gdy bierzemy pod uwagę upływ czasu, to obserwujemy pewną tendencję ruchu ogólnego – uśredniamy. Przebija średnią – mamy trend. Chyba że przebija ja za często – wtedy trendu brak... głowa boli. No ale dobrze – jedna metoda już jest: EMA. Z drugiej strony mamy zaś patrzeć na nagłe (szybkie, czyli nie związane z upływem czasu) zmiany kierunku ruchu cen – co oznacza, że swoją uwagę skupiamy jednak NIE na osi czasu, a na osi y (ceny). Musimy patrzeć dwuwymiarowo. W czym problem? Ano w tym, że badając czas, uśredniamy, a uśredniając „zamazujemy” (zawężamy) sobie wartości – tracimy te dane. Badając zaś tylko zmiany cen, tracimy z oczu główny czynnik, czyli czas. Albo rybki, albo akwarium.

Mamy więc dwie metody analizowania wykresu: pierwsza z nich, to zbiór metod najpopularniejszych, czyli opartych na uśrednianiu: rsi, macd... wszędzie gdzie mamy we wzorze jakąś średnią (ema najczęściej). A druga? To metody, do których większość analityków przywiązuje wagę zbyt małą, czyli badanie zmian w różnych interwałach. Zauważmy, że wykresy typu „kółko-krzyżyk”, czy też po prostu świecowe, nie tracą z oczu nigdy ceny jako wartości prawdziwej, niezafałszowanej. Maksimum na świecowym nigdy nam się nie obniży, minimum nigdy nie podwyższy, %R nie potrzebuje żadnej średniej – bo te dane są przechowywane „na stałe”. A im bardziej manipulujemy okresem średniej, tym bardziej tracimy z oczu punkty ekstremalne.

Osobiście za najciekawsze zawsze uznaję te wskaźniki, które bazują zarówno na pewnych przedziałach wyznaczonych bezwzględnie poprzez określenie ekstremów w danych interwałach, a następnie w tychże sztywnych ramach dopiero takie uśrednienie badanych wartości, aby móc zaobserwować kierunek ruchu (w domyśle: w czasie). Zaliczam do nich choćby STS (ulepszona wersja %R) i ADX. Ponieważ jednak zajmujemy się teraz tematyką trendu, omawiam ten drugi.

ADX bierze pod uwagę wszystko, co brać powinien: zakres zmian (wielkość wahań), maksima i minima, ich średnią zmianę niezależną względem siebie (linie DM), a także wzajemne proporcje (DX). Jak się jednak okazało, samo DX do wyznaczenia siły trendu nie wystarczy. Wskaźnik ten nie jest w stanie rozróżnić sytuacji nagłego odwrócenia trendu od typowego trendu horyzontalnego. W obydwu wypadkach wyświetla wartość zbliżoną do zera. Wilder przyjął więc założenie – skądinąd słuszne – że trend boczny jest tylko wtedy, gdy istnieje jakiś czas – stąd właśnie ADX i drugi współczynnik, którym możemy sobie przy wskaźniku pomanipulować. Poprzez podwójne uśrednienie musi upłynąć pewien czas, aby wskaźnik zbliżył się do swoich niskich wartości. No i dobrze – w takim razie gdy wskaźnik opada i dodatkowo jest już nisko, to na 100% wiemy, że mamy trend boczny. To bardzo ważna informacja. Uzyskana jednakże kosztem utraty informacji na temat możliwych sytuacji odwrócenia trendu (nagłego odbicia). Oczywiście doświadczeni analitycy zaraz powiedzą, że „jeśli opada, jeśli rośnie, a jeśli linia pod, a ponad, a jeszcze dywergencja, to wtedy...”, ale nie w tym rzecz. Chodzi o pewien zamysł konstrukcyjny, a nie wróżenie z mniej lub bardziej przypadkowych wzorków, które są tylko efektem ubocznym.

Jaki z tego wniosek? Niestety pesymistyczny: choćbyśmy nie wiem, jak do sprawy podchodzili, zawsze okaże się, że albo coś kosztem czegoś, że albo patrzymy na jedno, albo na drugie, albo liczy się jedno, chyba że akurat drugie... Albo czekamy na anormalne odchylenie od średniej, albo na jej przebicie, albo na wzrost, albo na spadek... Nie da się inaczej. Tutaj logiczna metoda wyznaczenia sytuacji, w której prawdopodobieństwo wystąpienia zarówno nagłego odbicia, jak i systematycznego wzrostu nie istnieje, a im bardziej chcemy wyznaczyć jedno, tym bardziej zaprzeczamy drugiemu.

Moim zdaniem – nie tylko poprzez praktykę, ale także poprzez zwykłe logiczne myślenie – do stworzenia graala, lub czegoś, co chociaż by graala symulować miało, badanie samego trendu jest absolutnie niewystarczające. I bynajmniej nie przekonuje mnie uzasadnienie z poprzedniego wywodu na temat trendu, że jest to czynnik o wiele ważniejszy, decydujący, najistotniejszy. Zgadzam się: najistotniejszy – ale i tak niewystarczający.

Próbowałem rozwiązać ten problem na trzy sposoby:

Poprzez odpowiednią dywersyfikację – znalezienie takiego sposobu rozkładu ryzyka, aby w danym czasie jak najlepiej gospodarować środkami przeznaczonymi wyłącznie na grę z trendem (do której zaliczam także grę pod odbicia – gram wtedy po prostu na korektę w trendzie spadkowym, ale i tak „kupuję w górę”, a nie w dół, jak przy wahaniach czy DT), ale pod dwie różne metody: systematyczny, stały trend oraz nagłe trendu odwrócenie.

Poprzez dodanie do systemu współczynnika, który nie badałby prawdopodobieństwa ruchu w danym kierunku (czyli trendu), a przeliczał opłacalność podejmowanego ryzyka na innych zasadach. Wbrew pozorom jest to dość proste. Natomiast niebotyczne trudne jest właściwe połączenie tych przeciwstawnych metod. Tu o zwykłym ważeniu można zapomnieć – porażka na całej linii. Ale i tak właśnie w tym aktualnie siedzę.

Poprzez stworzenie wskaźnika, który co prawda będzie służył do gry z trendem, jednakże nie będzie badał siły trendu, a wręcz odwrotnie – siłę „beztrendzia”, którą przełoży na „potencjał wzrostu” minus obliczone na innej zasadzie ryzyko spadku (i w związku z tym odpowiedni SL), który połączony z odpowiednim sposobem rozłożenia zakupu akcji w czasie, będzie w stanie wydusić z obydwu osi wykresu (czyli czasu i ceny) tyle, ile się da. Najlepsze jest to, że mi się udało, jednakże zarówno czas przeznaczony na inwestycję, jak i konieczne do tego wolne środki (zakup czasami jest rozłożony na kilkadziesiąt części o różnej wielkości) powodują, iż to raczej fajny system dla funduszy inwestycyjnych, a nie takiego leszczyka, jak ja. Ale nie wiem, czy oni tam grają systemem ;)

Komentarze  

 
# Dapi 2009-02-11 21:49
Jedna taka pierwsza uwaga. Rozumiem, że wykonując te ruchy bierzesz pod uwagę, że mimo wszystko prawdopodobieństwo nigdy nie będzie tak dobre jak w trendzie. Piszę o ostatnich punktach.
Czyli niosek następny jest dla mnie taki czy warta jest skóra wyprawki. Choć jak widzę sam udzieliłeś w pewien sposób odpowiedzi deprecjonując ta strategie.
O co mi chodzi ? O fakt że w pewien sposób przyjmując że mamy nieograniczoną ilość kasy i czasu doprowadzimy do tego że każda strategia przeciwna trendowi będzie mało ryzykowna.
Tak na szybko ode mnie przemyślenia...
Odpowiedz
 
 
# Snake 2009-02-11 23:06
Z tym prawdopodobieństwem to jest tak (uproszczony przykład):
dobry trend wzrostowy: P sukcesu w jakimś krótkim terminie = 65%, P zysk = 15%
trend spadkowy: P sukcesu w tym samym terminie = 35%, P zysk = 45%

t. wzrostowy: 0,65*0,15 = 0,0975
t. spadkowy: 0,35*0,45 = 0,1575

To oczywiście nie są pełne i poprawne wzory matematyczne - chodzi tylko o przedstawienia kierunku myślenia, o jaki dopytujesz. Proporcje nie rozkładają się w ten sposób, nie ma uwzględnionego dobrego SL, P porażki... i nie o to chodzi.

Nie mam nic przeciwko grze wyłącznie z trendem - pod warunkiem, że uzyskiwane przeze mnie zyski nie będą zanadto ograniczone ani w czasie (jak na przykład u Ciebie przez ostatnie półtora roku), ani w kwocie (jak u mnie, bo na bessie straciłem).

Ale z drugiej strony, Ty nie zarobiłeś 30% przez ostatnie 3 miesiące, prawda? ;-)

Wymowa artykułu ma być taka, że stosowanie taktyki wyłącznie przeciw trendowi doprowadzi do bankructwa, ale stosowanie taktyki wyłącznie z trendem nie doprowadzi do niczego innego, niż do braku uzależnienia od poziomu stóp procentowych. Dobre połączenie tychże może zapewnić bogactwo. Taka sobie teoria ;-)
Odpowiedz
 
 
# Dapi 2009-02-11 23:16
No tak liczby sugestywne. Dobrze że skomentowałeś. Zarobiłem ok. 8% rocznie tak możemy w uproszczeniu przyjąć. Ryzyka brak- to uważam że to jest dobry wynik.
Nie neguję że można próbować przeciwtrendowi. Ale to nigdy nie będzie tak jak z...
Sam dobrze wiesz że złapać dołek to fraszka w porównaniu z tym ile z tego dołka się podniesie...
To tak jak w hossie złapać górkę ne jest miara sukcesu- bo to była tylko lokalna górka.
Odpowiedz
 
 
# Dapi 2009-02-11 23:18
Czyli zgpdnie z Twoim tytułem złapać siłę beztrendzia to nie wszystko -;-) nawet z dobrym SL
Odpowiedz
 
 
# Snake 2009-02-11 23:22
Tak, masz rację. Ale na przykład można zrobić tak: klasyczna AT, wszystkie złote zasady i tak dalej i gdy to jest zrobione, wrzucić analizę porównawczą i dobrać "beztrendzie", "bazę", czy jak kto tam chce wyższy potencjał zysku nazwać. Wtedy już możemy mieć znaczną przewagę.

Tak się cały czas zastanawiam, na ile ewentualny dobry efekt przedstawionych wyżej taktyk to zwykłe wymuszone w tych wypadkach MM, a na ile jakaś filozoficzna rewolucja... A może to jedno i to samo?
Odpowiedz
 

Dodaj komentarz

Użytkownicy posiadający konto na stronie atinwestor.pl pozbawieni są uciążliwości podawania kodu weryfikacyjnego. Próba podania nazwy użytkownika będącego w bazie danych użytkowników zarejestrowanych przez gościa uniemożliwi publikację komentarza.
Użytkownicy zalogowani mają możliwość włączenia opcji powiadamiania o komentarzach oraz edycji komentarza.

Kod antysapmowy
Odśwież

Źródło danych intraday: bossa.pl, notowania opóźnione o 15 minut.